Przeładuj dokument - Strona Startowa





Smoczy Syn

- Twoja matka umiera, Siltiorze Edanie.
Matka? Cios miecza, unik, pchnięcie prosto w bursztynowe oko... Błękitny płomień i ryk agonii. A potem ból w piersi.
Moja matka już nie żyje.
- Musisz wyruszyć w drogę.
Zatem to rozkaz. Dobrze, pójdę.
Pani Uzdrowicielka spojrzała na mnie inaczej, z troską.
- Gdybyś chciał, mogłabym... Mogę cię przenieść.
Uśmiechnąłem się - rzadko spotykała mnie podobna przyjemność.

I szybciej, niż trwa jedno bicie serca, znalazłem się na skraju wsi. Pod starym jaworem dróżka rozwidlała się na wschód i południe. Bez wahania skręciłem w lewo - miedzą przez pola - do lasu. Nad potok, do kuĽni. Do chaty płatnerza.
Teraz zabudowania stały ciche, opuszczone. ¦ciany chaty pokrywał mech, pod oknem rozrósł się krzak róży. Z podwórka za domem nie dobiegał żaden dĽwięk. Brakło psa i koguta, znikły kaczki. W kuĽni pusto; dawno nie używane palenisko częściowo zasypał kurz. Na ścianie równym rzędem wisiały narzędzia, nie odnalazłem jednak kowalskiego młota. Uśmiechnąłem się ze smutkiem. W tej okolicy częściej potrzebowano nowej podkowy, niż miecza. Ojciec po mistrzowsku umiał zrobić jedno i drugie, lecz serce oddał sztuce płatnerskiej.
Obszedłem dom dookoła, wszędzie dostrzegając ślady zaniedbania. Strzałem w serce był widok powalonej jabłoni, którą matka zasadziła na rok przed moim urodzeniem. Matka...
Ruszyłem do drzwi. W tym momencie z domu wyszła kobieta.
- Ktoś ty?
- To ja - nie umiałem odpowiedzieć inaczej. Ale jej to wystarczyło.
- Marcel? - Podbiegła do mnie i objęła ramionami. - Chłopcze, gdzieś ty był?... - Poczęła ściskać mnie i oglądać, jakby nie mogąc uwierzyć. - Co tu robisz? Nikt cię nie widział?... A ona tak prosiła, tak błagała... Chciała, żebyś tu był. Tylko kilka minut...
Uwolniłem się z uścisku kobiety. Uspokoiła się nieznacznie, spuściła oczy. Ujęła moją rękę i rzekła bezbarwnie:
- Ona nie żyje, przed chwilą umarła.
- Nie żyje... - powtórzyłem głucho.
- Tak. Została raniona, wdało się zakażenie... Zrobiłam wszystko, by nie cierpiała, lecz uratować mogła ją już tylko Pani Uzdrowicielka.
Sam nie wiem, dlaczego z gardła wydarł mi się chrapliwy śmiech. Ucichł, gdy dodała:
- W gorączce wciąż powtarzała twoje imię.

Zostawili mnie z ciałem. Usiadłem na brzegu łóżka. Cóż miałem począć?
Patrzyłem w twarz kobiety, która przed śmiercią wzywała syna. Ująłem jej rękę i uścisnąłem, przepraszając, że nim nie jestem. Wezbrała we mnie jakaś czułość. Pojąłem, że nawet, gdyby boskie prawo nie nakazywało mi jej pochować, i tak uczestniczyłbym w pogrzebie.
Wstałem i podszedłem do skrzyni przy łóżku. Na samym dnie, owinięta w kawałek płótna, leżała zielona sukienka. Rozłożyłem ją na łóżku obok zmarłej i poszedłem po wodę.
Nie wiem, skąd nadeszły właściwe słowa, melodia. ¦piewając zacząłem rozbierać matkę i obmywać jej ciało z potu, kurzu, krwi i wydzielin. Nie mogło to wzbudzić mojego wstrętu czy zmieszania. Dostrzegłem wtedy jej wychudzenie, dostrzegłem też ślady po razach i ranę na boku. Zdjąłem niepotrzebny już opatrunek i oczyściłem ciało z ropy. A gdy i to skończyłem, ubrałem ją w zieloną suknię, która czekała na tę okazję od dnia ślubu.
A gdy pieśń ucichła, usiadłem przy zmarłej i zapadłem w sen.

- Brać go!
Pochwyciły mnie silne ramiona. Odepchnąłem napastnika, zaraz skoczyło na mnie dwóch innych. Wiedziałem, że przyjdą. Dlaczego byłem taki nieostrożny?
Mocny cios pozbawił mnie przytomności.

- Wystarczy - ulitował się nade mną cichy głos. Kubeł zimnej wody skutecznie uwolnił mnie od bólu głowy. Kolejne dwa przyprawiły o drżenie na całym ciele. Po dalszych czterech straciłem czucie.
- Marcel, syn płatnerza Gotarda. Zabójca. Tchórz. - Chwycił mnie za koszulę i przyciągnął do siebie. Czułem ciepły oddech na policzku. - Morderca - wyszeptał. Patrzyłem w oczy chłopca w moim wieku, może nieco starszego. Nagle puścił mnie. Ramiona skute łańcuchami zatrzepotały bezsilnie, gdy upadłem na twarz.
- Jutro zostaniesz stracony.
- Jesteś jego synem, prawda?
- Człowieka, którego zabiłeś? Tak.
Czekałem.
- Tak, książę Timor był moim ojcem. Długo czekałem... Teraz ja jestem księciem i mogę wymierzyć sprawiedliwość jego zabójcy - wyrzucił z siebie po chwili. Słowa tak niedorzeczne, tak patetyczne. Niebezpieczne, jak błysk w jego oczach.
Jeszcze raz nachylił się nade mną, tym razem pilnując, by nie dotknąć mnie nawet skrawkiem odzienia.
- Dlaczego? - spytał cicho. - Jak?
Jak? Chciał wiedzieć, jak?
Dobrze.
- Zabiłem go, gdy ścierał z butów krew mojego ojca. Był pochylony, właśnie chował chusteczkę do kieszeni. Nie widział mnie...
Zamilkłem. Książę nie patrzył na mnie; jego wzrok błądził gdzieś w przestrzeni. Nagle odwrócił się na pięcie i wyszedł.

Zapadła noc. Wiedziałem, że wróci. Przyszedł sam. Blask pochodni padał na wychudzoną twarz. Choć to ja miałem zginąć, on zdawał się być bardziej nieszczęśliwy. Zaświecił mi w oczy, nie wiedząc nawet, jaki ból zadaje.
- Pokłócili się wtedy. - Przytaknąłem skinieniem.
- Książę oskarżył mego ojca o kradzież rubinów, jakie rzekomo kazał wprawić w jelec miecza. Ojciec nie dostał żadnych szlachetnych kamieni, ani kości słoniowej, ani nawet skóry łososia na okładziny... Nie zużyłby ich na broń! Mawiał, że miecz jest ze stali, nie ze świecidełek. Miesiące zajęło mu samo wyważenie klingi, którą kuł prawie pół roku. Chciał, aby była mocna i lekka. Chciał, aby jej wartość oceniano na podstawie ostrza, nie wyglądu.
Książę usiadł ciężko na podłodze. Pochodnia upadła na bok, gdzie zgasła po chwili. Zapadła ciemność.
- Mój ojciec czekał na ten miecz prawie rok...
- Nie zasługiwał na niego.
- A twój ojciec - zasłużył na śmierć przez ten miecz?
Roześmiałem się.
- Rozczarowanie... - zacząłem snuć opowieść. - Jakże zły był książę, gdy okazało się, że broń, na którą tak długo czekał, była najzupełniej zwyczajna. Brzydki, szary miecz - jakich tysiące. Podniósł go z kowadła i zatopił w piersi płatnerza... A potem otarł buty z krwi...
- Dosyć! - Ale ja nie chciałem przestać, o nie.
- Kiedy stał odwrócony tyłem, mały chłopiec wyszarpnął ostrze z piersi ojca i ugodził mordercę w kark...
Książę zerwał się na nogi i kopnął mnie w żebra. A potem jeszcze raz, i jeszcze, aż umilkłem, a może jemu zabrakło oddechu. Potem ujął moją zakrwawioną twarz i szepnął:
- Zapłacisz za to, tak jak przez wszystkie te lata płaciła stara. - O tak, płaciła. Upokorzenia, nędza, lochy - była nawet w lochach. Wiedziałem, że kiedy w końcu umrze, zjawisz się by ją pochować, bo inaczej porwałby cię Pan Podziemi - zaśmiał się chrapliwie. Wątpiłem, aby wierzył w bogów. Cóż, wkrótce srodze się zdziwi.

Poszedł w końcu.
W powietrzu unosiła się wilgoć. Zamknąłem oczy. W grobowym spokoju starej chaty nie było miejsca na nienawiść. Teraz też jej nie odczuwałem. Opanowanie. Chłód. Na chłodno przysiągłem starej kobiecie pomścić jej udrękę.

Zabrali mi kapelusz, który częściowo chronił oczy; odarli z koszuli i butów, zostawiając tylko spodnie. Jeden ze strażników chciał odebrać mi woreczek z imieniem, lecz gdy przekonał się, że w środku jest tylko piasek, zostawił go. Przedtem jednak uronił z niego ziarnko skały.
Związali mnie i popędzili kijami na rynek. Przez większą część drogi szedłem po omacku; słońce dotkliwie raniło mi oczy. Sam nie wiem, kiedy dotarliśmy na miejsce.
Przez łzy dostrzegłem w końcu jakiś kształt.
Pręgierz. Chcieli zachłostać mnie na śmierć.
- Marcel, syn płatnerza Gotarda, zabójca księcia Timora! - obwieścił herold. Przez tłum przeszedł szmer. Kat ujął mnie mocno pod pachy i wprowadził na podwyższenie. Ręce związane w nadgarstkach przytroczył do pala, klepnął lekko w obnażone plecy i zamarł, czekając na znak księcia.
Pierwszy raz spadł szybciej, niż się spodziewałem. Dreszcz bólu... Zaryczałem w furii. Tego właśnie było mi trzeba. Łapy z łatwością zerwały krępujące liny; z paszczy poszedł ogień, podpalając drewniane rusztowanie. Poparzeni ludzie biegali w panice. Kat upadł, zmieciony ciosem ogona, który zgruchotał mu kark. Przerażeni strażnicy uciekli. Na placu zostałem tylko ja i książę.

- Przez chwilę myślałam, że darujesz mu życie.
Wzruszyłem ramionami.
- Dlaczego mnie tam wysłałaś?
- Należysz do mnie. Nie chciałam, by Pan Podziemi miał jakikolwiek powód, by rościć do ciebie pretensje. Ani nikt inny.
- To był piękny pogrzeb. I piękna zemsta.
Skinąłem głową. Nie była boginią litościwą.

Roksana