Przeładuj dokument - Strona Startowa





Skarb

Uśmiechnąłem się i naciągnąłem kapelusz głębiej na oczy. Jeden z ptaków mało mi go nie zerwał; czułem jego skrzydło na policzku. Mimo to nie zachwiał się - gładko wylądował pod nogami malca i zaczął walkę z innymi gołębiami o kawałeczki chleba. Ja tak nie potrafię, pomyślałem z zazdrością. Teoretycznie urodziłem się ze zdolnością latania. Problem polega na tym, że nie potrafię jeszcze w to uwierzyć.

- Wzywałaś mnie? - spytałem, nie kryjąc irytacji. Gwałtownie pokręciłem głową; z włosów wypadło mi kilka ździebeł słomy.
- Czyżbym przeszkodziła ci w czymś istotnym?
Z punktu widzenia tej damy...
Przestała się uśmiechać.
- Na świat rzucono klątwę...
- Mam ją odczynić? - spytałem zdumiony. Nie byłem magiem.
- Nie. Dopełnić.

Zostawiłem za sobą miasteczko. Szedłem teraz drogą wśród lasów, aż dotarłem w pobliże dworku, do starego dębu. Wiszącego tu trupa dawno już zdjęto, lecz drzewa nadal szumiały o grozie i gwałcie. Ziemia w tym miejscu uginała się pod wspomnieniem o śladach końskich kopyt.

- Czy to nie dziedzina Pani Serca?
- Tak, lecz ona nie ma własnych... siepaczy - tu Pani Uzdrowicielka zmrużyła oczy cokolwiek złośliwie.
- Poprosiła więc o przysługę mego brata, Pana Wojny. Jednak jego wojownicy walczą na południu.
I tak padło na ciebie, mój smoku.

W szynku zapytałem o jakieś zajęcie dla zabójcy potworów.
Barman zmierzył mnie wzrokiem.
- Potwory? Takie jak smoki? - Roześmiałem się serdecznie.
- Nie, nie jak smoki. Jeszcze mi życie miłe. Ale przydałoby się trochę grosza - to mówiąc zapłaciłem za marne piwo ostatnimi miedziakami. Człowieczek podchwycił mój śmiech. Widać było, że odpowiedź przypadła mu do gustu.
- Nie, w okolicy nigdy nie mieliśmy potworów. Jeśli nie liczyć Czarnego Gejzy, ale jego usiekli w zeszłym tygodniu.
- Naprawdę?
- Ano - rozochocony szynkarz zaczął opowiadać:
- Czarny Gejza był największym rozbójnikiem stąd aż do Molinaru. Ze swą bandą łupili każdego - czy był bogatym kupcem, czy biednym smolarzem. Raz, powiadają, chłop z pobliskiej wsi nie chciał oddać pieniędzy po dobroci i zranił jednego z bandytów. Gejza przytroczył go za arkan do siodła i przewlókł przez dolinę starego strumienia, co to wysechł, gdy książę kazał postawić zaporę. Z biedaka zostały krwawe strzępy na kościach.
W końcu książę posłał umyślnego do króla. Chłopcy w niebieskich kubrakach zgrabnie zastawili pułapkę. Jednak psubratu szczęście sprzyja! - rzekł z lekkim podziwem szynkarz. - Czarny Gejza zginął, nim zdążyli odstawić go przed książęcy trybunał. Che, che, też bym wolał nadziać się na własny miecz, niż iść na pal.
Spłukałem niesmak gorzkim piwem. Gdy ponownie podniosłem wzrok, ujrzałem młodą dziewczynę. Ramieniem oplatała kark szynkarza. Zadrżał, lecz nie przerywał wycierania kufli. Czarne włosy kaskadą spływały jej na piersi, gdzie ziała paskudna rana. Jej piękności nie mogła ukryć skorupa zaschłej krwi na czole; posoka plamiła także nieprzystojnie rozdartą sukienkę.
Rozbitymi wargami wyszeptała:
- On nas wydał...
Wtedy dostrzegłem na czole szynkarza znamię - karminową łzę.

Zamek, dokąd mnie skierowano, wydawał się niewielki i ponury. W sam raz dla mnie.
Strażnikowi przy bramie powiedziałem, że szukam zajęcia. Spojrzał na miecz przy moim boku i uśmiechnął się porozumiewawczo.
- Taki młody i już paraduje z orężem? Nie za ciężki on dla ciebie, synku? - Ale to były tylko żarty.
Po lasach nadal błąkały się niedobitki bandy Czarnego Gejzy. Pozbawiona przywódcy wataha rozbiła się na szereg oddzialików po trzy, cztery osoby, siejąc terror w okolicy. Trudno było ich wyłapać - ludzie króla już wyjechali, książęcych strażników było za mało. Zbójnicy zresztą znali te lasy lepiej, niż niejeden w nich urodzony. W tej sytuacji przyjmowano do straży każdego, kto tylko się zgłosił.

- Dobra, zobaczymy, co potrafisz, chłopcze.
Skinąłem głową. Sam kapitan straży przerwał ćwiczenia i ujął miecz, by się ze mną zmierzyć. Byłem pewien, że tak właśnie postąpi.
Natarł. Był niski i korpulentny, lecz poruszał się szybko. Uskoczyłem w bok. W locie ciąłem go w rękę tuż nad nadgarstkiem. Odbiłem się od dziedzińca i znalazłem za plecami przeciwnika. Dźgnąłem lekko w kaftan, by zasygnalizować, że wygrałem. Wypuścił miecz i powoli odwrócił, rozcierając dłoń. Rozcięta opaska łucznicza leżała u jego stóp.
- Szybki jesteś.
- Dziękuję.
Opanowałem chęć wbicia mu miecza w gardło. Nie tak miałem to przeprowadzić.
Gdy kapitan przyjmował mnie w szeregi straży, karminowa łza na jego czole zalśniła przekornie.

Była ciemna noc, gdy wymknąłem się z pomieszczeń dla służby i zakradłem na dziedziniec. To był mały zamek - ludzie i konie pospołu korzystali z jednej wody. Było jeszcze ujście przy kuchniach, lecz dla mych celów w zupełności wystarczyła ta studnia.

- Ależ, pani...
- Czyż sam nie nazywasz mnie "boginią zarazy i plagi"?
Niepewnie spojrzałem na fiolkę.
- W niej kryje się choroba?
Tym razem uśmiechnęła się słodko.
- Tylko wypełnienie klątwy.

- Ty!...
Świat miecza obok mojej głowy...
Odskoczyłem w bok. Kapitan natarł ponownie. Siła jego ciosu rozłupała drewnianą cembrowinę w miejscu, gdzie stałem chwilę wcześniej. Na szczęście miecz utkwił w drewnie na potrzebny mi ułamek sekundy. Uderzeniem ogona cisnąłem go o zrąb studni.
- To nieładnie, tak atakować bez uprzedzenia. Mogłem przecież nie rozbić nic złego - zbeształem go. - A że akurat robiłem, to zupełnie inna rzecz.
Mogłem sobie pozwolić na chwilę pogaduszek - moja Pani roztoczyła nad tą nocą całun ciszy. Szkoda tylko, że nie działał, gdy ktoś naprawdę musiał iść za potrzebą.
- Czym... Czym ty jesteś?
- Twoją śmiercią - odparłem usłużnie.
Jego krzyk zagasł w mej paszczy.

Nie pomyślałem tylko o jednym: jak wydostać się z zamku. Nie miałem już czasu szukać tajnych przejść czy innych furtek. Nie mogłem też oczywiście przejść przez bramę. Bogowie mnie osłaniali, nie można jednak zbytnio na nich polegać.
Przemknąłem się na blanki. Strażnik, który powinien stać na warcie, lekko pochrapywał. Po brodzie ciekła mu stróżka śliny. Mam nadzieję, że sny miał przyjemne. Wydostałem się na mury. Zostało mi jedno wyjście. Rozłożyłem skrzydła i zacząłem nimi machać, jednocześnie zamykając oczy. Wziąłem głęboki oddech i skoczyłem w pustkę...
Bogowie! Jak dobrze, że smoki mają naprawdę grubą skórę. Zwaliłem się z łoskotem na ziemię, dobre sto metrów od zamku. Staranowałem przy tym małą sosnę i boleśnie uderzyłem pod ogon, ale w sumie nie było źle. Oczywiście - dopóki nie przybrałem postaci człowieka. Na chwilę straciłem chyba przytomność z bólu.

Tej nocy, już na piechotę, krążyłem od studni do studni, w każdą upuszczając kroplę z rubinowej fiolki. Nie obudził się człowiek, nie obudził się pies, ni koń, ni gęś. A ja cały czas żałowałem, że wojownicy Pana Wojny uwikłani byli w walki na południu. Przynieśliby rabunek i gwałt, i pożogę; ale taki sposób był bardziej ludzki - czystszy.
W końcu, blisko świtu, został mi już tylko jeden dom. Skierowałem swe kroki ku centrum miasteczka, do szynku.

- Na bogów, czego tam?! - dobiegł z okna zaspany głos. - A, to ty, panie. Cóż cię sprowadza o tak wczesnej porze? Otwieramy dopiero w południe. - W odpowiedzi jeszcze raz załomotałem w drzwi. Na schodach usłyszałem kroki. Po chwili otworzył, lecz nie chciał mnie wpuścić do środka.
- O co chodzi?
- Mam dla ciebie wiadomość.
- Hę? - Wpakowałem się do środka. Z jakiegoś powodu chciałem spojrzeć mu w oczy.
- Co to za kawał? Mów, bo wezwę...
- Nikogo nie wezwiesz, zdrajco.
- Słucham?! - Poczerwieniał na twarzy, ale zamknął drzwi. Usadowiłem się wygodnie, nie spuszczając z niego wzroku.
- Wiem, że należałeś do bandy Czarnego Gejzy. Musiał mieć swych informatorów w mieście - tylko to tłumaczy jego niezwykłe szczęście w unikaniu straży. Nic tak nie rozwiązuje języka jak kubek znośnego wina, prawda? Wystawiałeś mu bogatszych przejezdnych i donosiłeś o zasadzkach. Ale w końcu wydałeś go żołnierzom króla. Powiedz, kochałeś chociaż tę dziewczynę?
- Tego już za wiele. Wynoś się z mojego domu! - To mówiąc wskazał mi drzwi. Wzruszyłem ramionami i wstałem. Mijając go szepnąłem:
- Pozdrów ode mnie Pana Podziemi.

Szczapy na tyłach podwórza wyglądały zachęcająco. Wziąłem głęboki oddech i zionąłem najlepszym, błękitno-fioletowym ogniem. Zajęły się błyskawicznie. Wystarczyła jeszcze iskra tam i ówdzie, i po chwili dom stanął w płomieniach.

Pożar trwał cały dzień i noc, i jeszcze pół dnia. Z zachwytem śledziłem widowisko: przedziwny taniec ognia, któremu nic nie mogło przeszkodzić. Oczywiście, z małą pomocą z mojej strony. Czerwień i pomarańcz, błękit i fiolet, odcienie żółci, o których nie wiedziałem, że istnieją.
Miasto spaliło się do popiołów; ludzie uciekli w popłochu przed pożogą. Wielu nosiło już w sobie ziarna choroby, która wkrótce rozprzestrzeni się na całe królestwo. Okrutna to zemsta.
Stanąłem na zgliszczach szynku i sięgnąłem do piersi. Do woreczka z okruchami skały, w którą zaklęto moje imię. Wydobyłem ziarnko pyłu i dorzuciłem do popiołów.
- Dlaczego zostawiasz to tutaj?
Przez chwilę zastanawiałem się, czy powiedzieć jej prawdę. Ale w końcu była moją boginią.
- Kiedyś umrę. Nie chcę, aby ktoś zdołał przywołać mnie z powrotem, posługując się moim imieniem. Prędzej rozrzucę je po całym świecie.
- Wykazałeś dużą inwencję. Podobał mi się zwłaszcza pomysł ze wstąpieniem do książęcej straży. Oczywiście zwalniam cię z przysięgi, którą dałeś kapitanowi.
- Dziękuję.
- Postąpiłeś jednak bardzo nierozważnie ujawniając prawdziwą postać. Wieści o tobie już się rozeszły. Zaczną się polowania; powstaną legendy...
Nigdy nie myślałem o tym w ten sposób. Ale z drugiej strony - po cóż innego na tym świecie istnieją smoki?

Kochał ją.
Obudziła coś, jakieś szaleństwo. Coś, co kazało mu pędzić w mrok na jej spotkanie.
Drzewa szumiały w takt tętentu kopyt. Noc, zimna noc otulała go całunem, ale nie o jej objęciach myślał. Jeszcze tylko kawałek starej puszczy, który cudem zachował się przy domu jej ojca. Jeszcze zakręt... Lecz co to? Co za sylwetka na trakcie? Blask księżyca odbijający się w czarnych włosach... To ona. Wyszła mu na spotkanie! Spiął konia i miał już zeskoczyć z siodła, gdy dostrzegł jej twarz. Krew na czole.
Posłała mu pożegnalne spojrzenie i rzuciła się w tył. Z jej piersi wyrosło ostrze miecza, czerwone, jak strużka krwi wypływająca z ust. Zza drzew i przydrożnych krzewów wyskoczyli ludzie w czerwonych kaftanach. Z lewej pojawili się jeźdźcy, tętent kopyt z prawej. Świst bełtu koło ucha. Jej ciało obalone na ziemię, potraktowane kopniakiem, gdy mężczyzna wyciągał zeń miecz. Kapitan książęcej straży.
Gejza spiął konia i rzucił się do ucieczki w las. Kluczył między drzewami, unikając strzał. Jedna rozerwała rękaw koszuli, inna musnęła policzek. Ale oddalał się od pogoni. Zamierzał zjechać w jar i jego dnem dotrzeć na bagna. Znał tam każdą ścieżkę. Nie złapią go.
Tylko - po co ucieka, skoro jest już martwy?
Zawrócił i nim się spostrzegli, wypadł na trakt. Ciął mieczem w najbliższego gwardzistę, obalił na ziemię kolejnego. Jego koń gryzł i wierzgał kopytami, on sam nic już nie widział. Oczy zasnuła mgła.
Otoczyli go. Gwałtowny ból, gdy bełt z kuszy zdruzgotał prawe ramię. Upuścił miecz. Koń zakwiczał, otrzymawszy cios przez łeb. Ściągnęli go z kulbaki. Ból otulił jego ciało, uginające się pod gradem razów.
- Dostał kapitana!
- Na gałąź z skurwysynem! - Dobiegły go krzyki rannych i przekleństwa żyjących. Opletli mu arkan wokół szyi i podnieśli w górę...
Przed oczami miał jej twarz; słodki wyraz oczu, gdy śmiała się ze szczęścia. Na obraz nałożył się cień jej ciała, leżącego w pyle drogi.
Ostatni oddech wydał księżycowi wraz ze słowami klątwy.
A czerwona krew, wsiąkająca w ziemię, nadała jej znaczenie przed bogami.

Roksana