Przeładuj dokument - Strona Startowa





Siltior Edan

Ciężko uważać świat za przyjazne miejsce, gdy jest się mną. Albo gdy znajduje się tam, gdzie ja.
Splunąłem.
Krew.
W płucach grało mi jak w miechach. Pazur utkwił między żebrami, zatopiony do połowy długości. Zaklęcie uzdrawiające zaczęło działać, więc nie poczułem bólu w rozbitych kolanach, gdy z hukiem osunąłem się na ziemię. Potrzebna mi pomoc. Ale nie miałem na kogo liczyć. Wszyscy zostali tam, w górze. Bali się smoka. Bali się martwego smoka...

Otworzyłem oczy; zamrugałem. Noc odeszła, przegnana promieniami słońca, które teraz dręczyły moje oczy. Wyczułem ruch w pokoju. Delikatna dłoń musnęła moje włosy i położyła wilgotny okład na czole. Bogowie, co za ulga!
- Odejdź - wychrypiałem. - Choćbyś nie wiem, jak była ładna, nadal będę się domagać nagrody za smoka.
- Nie jestem córką księcia - prychnęła. - I nie jestem tu, by cię uwieźć, ale żeby leczyć.
- Sam dam sobie radę.
- Za pomocą tych prymitywnych szamańskich zaklęć? - W jej głosie słychać było pogardę. - O mało cię nie zabiły.
- To smok o mało mnie nie zabił. Ale przeżyłem.
- Tylko dzięki mnie.
W jej głosie słychać było coś... Skąd ta stalowa pewność? Chciałem w końcu ją ujrzeć. Z trudem podniosłem głowę, lecz przeklęte słońce...
- Zamknij okiennice! Moje oczy! - krzyknąłem w udręce. Spełniła życzenie, poczym nałożyła mi wilgotną szmatkę na powieki. Czułem delikatny dotyk jej dłoni na skroni i policzku. Ból minął. Jak dobrze...
Gdzieś między snem a jawą usłyszałem pytanie:
- Jak masz na imię?
- Siltior Edan.
Dzwonienie dzwoneczków; perlisty śmiech.
- Dziękuję, Smoku...

Według umowy truchło należy do mnie!
- Ależ, chłopcze...
- Nie nazywaj mnie chłopcem - rzekłem spokojnie, robiąc przy tym najbardziej paskudną minę, na jaką było mnie stać. Podziałało.
- Młody panie, musisz zrozumieć... Nie mogliśmy pozostawić ciała, aby zgniło. W okolicy łatwo o zarazę...
Innymi słowy, skorzystali z okazji, aby dobrać się do smoka, gdy leżałem nieprzytomny. Tak mi zależało na zbroi ze smoczych łusek; nie mówiąc o rękawicach i butach z najtwardszej skóry na świecie. Ach...
- Moja nagroda ma znaleźć się w gospodzie za dwie godziny - rzekłem drewnianym głosem. Odwróciłem się sztywno na pięcie i odszedłem, nie czekając na odpowiedź. Sprzeczka wyczerpała mnie. Czułem głębokie obrzydzenie dla małości tych ludzi. Ich oszustwa, małostkowość, chciwość; nawet ich zapach...
Nasunąłem głębiej kapelusz, nadal jednak raziło mnie słońce. Jego promienie zdawały się specjalnie kłuć mnie po oczach, wwiercać w mózg i drażnić. Potwornie drażnić...
- Marcel! - krzyknęła Linea na mój widok. Nogi same zaniosły mnie do świątyni Pani Uzdrowicielki. Właściwe miejsce, biorąc pod uwagę, jak fatalnie się czułem.
- Coś ty znów ze sobą zrobił, niegrzeczny chłopaku? A zresztą nie, nie odpowiadaj.
Najwyższa kapłanka skinęła ręką na stojącą w pobliżu akolitkę. Ta bez słowa ruszyła po pomoc. Dobrze mnie tu znano. Przez ostatnich kilka tygodni byłem gościem tego świętego przybytku.
Usiadłem ciężko. Po palcach ściekała mi krew. Rany na dłoniach paliły żywym ogniem. To b y ł y oparzenia. Ale skąd...
- Smok - wychrypiałem.
- Smok! - rozległo się wołanie od drzwi. Zaraz za nim pojawił się przerażony człowiek.
- Smok w mieście! Zabił Dargiza; dosłownie rozszarpał na strzępy... - widać było, że opowiadając jeszcze raz przeżywa ten widok. - Wszędzie krew...
Linea wydała odpowiednie polecenia swoim dziewczętom. Dwie z nich zajęły się mną i posłańcem, przy czym tamten potrzebował pomocy znacznie bardziej. Kapłanka z resztą akolitek udała się na plac, który niedawno opuściłem.

- Jesteś nam potrzebny - rzekł książę. Nie przerwałem pakowania.
- Marcel...
- Nie nazywam się Marcel - rzekłem zniecierpliwiony. Dlaczego wszyscy upierają się wołać mnie tym imieniem?
Książę położył mi dłoń na ramieniu, zmuszając do pozostania w bezruchu. Syknął mi do ucha:
- Jesteś nam to winien.
- Kontrakt opiewał na jednego smoka - rzekłem sucho, strząsając z siebie zimną rękę. - Kontrakt, którego warunków nie dotrzymaliście.
- Mój brat zapłacił już za swoje skąpstwo - spróbował ostatni raz mężczyzna. - Gdy wrócisz z truchłem bestii, otrzymasz podwójną nagrodę. Dodam do tego zbroję ze skóry smoka. Bo po to potrzebne było ci ciało, nieprawdaż?
Nie.
- Nie jestem w stanie walczyć - na dowód uniosłem zabandażowane dłonie.
Oczy księcia stały się nagle zimne jak stal. Obrzucił mnie ostatnim pogardliwym spojrzeniem i wyszedł. Nie przejąłem się tym zbytnio.

Przed wyjazdem odszukałem jeszcze Lineę, aby podziękować jej za opiekę. Przygarnęła mnie do piersi i uściskała tak, że aż mi dech zaparło. Miło czuć się kochanym.
- Ach, mój chłopcze - rzekła, odgarniając mi włosy z czoła. Nagle jej ręka zamarła.
- Zawsze mi się wydawało, że masz brązowe oczy? - Po chwili wzruszyła ramionami. - Ach, zmora podeszłego wieku - uśmiechnęła się lekko. Oczywiście, gorąco zapewniłem, że wcale nie jest stara. Nie uwierzyła. Pocałowałem ją w policzek. Gest, jakiego ostatnio użyłem żegnając się z matką.

W końcu nadszedł czas. Już u drzwi tknęła mnie nagle pewna myśl.
- Czy Dargiz bardzo cierpiał? - spytałem. A odpowiedź była bardzo ważna.
Linea poszarzała na twarzy; jej wzrok błądził w przestrzeni.
- Jego zwłoki były potwornie okaleczone. Ciało rozszarpano, a poszczególne części rozwleczono po rynku. Zwęglona głowa nurzała się w kałuży jego własnej krwi. Tak - odpowiedziała na nie zadane pytanie - to na pewno zrobił smok.
Spojrzała na mnie.
- Ale ty nie jesteś tego pewien.
- Niczego nie pamiętam - rzekłem. To było wszystko. Ruszyłem do drzwi.
- Żegnaj - rzuciłem w przestrzeń.
- Powodzenia.

Jaskinie były mniej ponure, niż je zapamiętałem. Jaśniejsze. Nadal jednak mokre, o czym zapewniał mnie chlupot w butach. Tu, właśnie tu, świat był naprawdę nieprzyjaznym miejscem. Gdzie za każdym zakrętem mógł czaić się smok.
Dlaczego więc zszedłem w dół? Może to ton pogardy w głosie księcia? Może martwa pustka w oczach Linei, gdy wspominała miejsce masakry? Może w końcu oskarżycielskie widmo Dargiza, którego nie ochroniłem?
W pogotowiu miałem miecz wykuty przez ojca i modlitwę.
Bogowie, nie odwracajcie się ode mnie.
W miarę, jak schodziłem, otaczała mnie ciemność. Powitałem ją jak przyjaciela.
Doszedłem do t e g o miejsca. Każdy nerw we mnie wyprężył się, wyczuwając krew. Pamięć podsuwała obraz walki. Dusza miotała się, mijając przyczajoną Śmierć.
Ale szedłem dalej, coraz dalej w dół. Aż do leża smoka.
Przekroczyłem płytkie jeziorko, wypełniające dno jaskini. W powietrzu unosiła się woń stęchlizny.
Ani śladu bestii.
Zacząłem badać ściany. Dalej nie było przejścia. W kącie, w miękkim piasku wygrzebana była jama, głębokością równa wzrostowi człowieka. Od dawna nie używana.
Rozejrzałem się zdezorientowany. Najwyraźniej zabiłem ostatnie mieszkające tu zwierzę.
Nagle mój wzrok padł na pobliski kamień. Coś na nim... Przykucnąłem. Coś... jakiś napis! Wydrapane w pośpiechu litery zajaśniały srebrzyście pod moim dotykiem. Słowo samo cisnęło mi się na usta, lecz powstrzymałem się od wypowiedzenia go na głos.
Siltaeloredan.
Zerwałem chustę z szyi i rozłożyłem na ziemi. Podniosłem kamień i ścisnąłem między łapami. Pazury z łatwością wbiły się w skałę, jak w ciało.
Przez palce przesypał się piasek.
Każde jego ziarenko upadło na przygotowany materiał. Ująłem go i zacisnąłem dłoń. Aż pozostał tylko pył.
Starannie owinąłem pakunek kawałkiem rzemyka i powiesiłem na szyi. Nadal wyczuwałem w nim moc.

Dzwonienie dzwoneczków; perlisty śmiech...
- Witaj ponownie, Zielonooki.
- Pani - rzekłem, nie odwracając się. I tak nic bym nie ujrzał.
- Domyśliłeś się.
Wzruszyłem ramionami. Jakże inaczej miałem wyrazić, jak bardzo mi przykro?
- Nikt po mnie nie zszedł. Od początku miałem ich za tchórzy i nie myliłem się.
- Sam wydostałeś się na powierzchnię - potwierdziła.
Zacząłem nerwowo chodzić po jaskini.
- Zabiłem smoczycę. Starą, samotną smoczycę. - W miarę, jak mówiłem, przez moje nozdrza wydobywał się dym. - Nie odnalazła samca swego gatunku. W tej okolicy? Postanowiła więc czekać. Aż pojawiłem się ja.
Przystanąłem, aby rozłożyć skrzydła.
- Bogowie! A ja myślałem, że ją pokonałem! Tymczasem ona... Ona się rozmnożyła... Choć ceną za to było życie... - zakończyłem szeptem.
- Ten kamień...
- W nim zaklęte było imię młodego smoka - rzekła miękko Pani Uzdrowicielka.
Roześmiałem się gorzko.
- Moje imię.
W końcu na nią spojrzałem. Wysoka, piękna nie do opisania. Jak jej głos - dźwięcząca.
Uśmiechnęła się.
- Znam twe imię, Smoku. Należysz do mnie.
Zaryczałem w udręce. Aż zatrzęsła się ziemia.

Roksana