Przeładuj dokument - Strona Startowa





Podziemie

Pogoda była paskudna, nawet jak na tę okolicę. Pioruny raz po raz kuły ziemię, lecz gęsta zasłona deszczu przepuszczała jedynie ich poblask. Lodowaty wiatr targał wędrowcem, który zataczając się parł do przodu. Na skraju jego pola widzenia zamajaczyło jednostajne, ciepłe światełko.

- Nareszcie! - pomyślał.

Harmider sali umilkł gwałtownie, kiedy wpadł do wnętrza. Gdy już z niejakim trudem uporał się z domknięciem drzwi, zsunął kaptur z oczu i omiótł spojrzeniem salę. Jemu jednak przyglądano się z większym zaciekawieniem. Białe pasemko wśród kruczoczarnych włosów przybysza wzbudziło szepty.

- Toż to czarodziej! - krzyknął niski człowieczek o twarzy szczura, po czym zamilkł, przerażony własną głupotą.

Wędrowiec pewnym krokiem podszedł do kominka. Wykonał dłonią drobny, lecz dobrze widoczny gest. Z przemoczonego ubrania wykwitły kłęby pary, natomiast ogień w kominku przygasł z sykiem.

- Niech się dziwią, to podbije stawkę! - pomyślał. Zajął stół w najciemniejszym kącie sali i skinął na szynkarza. Po chwili pałaszował już parujące mięso z cynowej misy, podczas gdy pozostali goście jedli z drewnianych naczyń. Oto profity, jakie przynosi reklama! Nim rozmowy w gospodzie ponownie ożyły, powstał gwałtownie od stołu przewracając krzesło

- Witajcie. Jestem Num z Przymorza, czarodziej, jakeście się pewnie domyślili. Który z was ośmielił się po mnie posłać?

Zza drewnianej ławy wyczłapał ciężko stary krasnolud o przeoranej skośną blizną twarzy i z ciężkim, srebrnym wisiorem na szyi. Mithrilowym, nie srebrnym, był to więc nadzorca kopalni.

- To ja, magu - powiedział głośno, mrugając porozumiewawczo jedynym okiem - i wystarczy tych cyrków, bo mi zupełnie chłopców wystraszysz... Co umiesz?

Takiego podejścia Num się nie spodziewał.

- Spopielić ci brodę, kurduplu? - zaryzykował. Była to największa obelga, na jaką się ważył, bo krasnoludy są szeroko znane ze znikomego poczucia humoru i twardych jak skała pięści. I małego wzrostu, oczywiście. Jednak karłowi aż oczy pojaśniały z zachwytu.

- No! Widzę, że się dogadamy... Masz jaja! Jestem Grods, zapraszam do mnie, na pokoje!

"Na pokoje", jak się okazało, było cuchnącą grzybem, oszalowaną byle jak ziemianką o niskim stropie. Boleśnie niskim, uznał Num, rozcierając guza.

- Za niski strop, co? Gdybyśmy robili wyższe, jak ludzie, byłoby dwa razy więcej roboty. A tak, to nam przynajmniej nic groĽnego się nie zalęgnie.

- W czym problem? Jakieś paskudztwo przeszkadza w robotach? - przerwał Num, unikając subtelności.

- Ech, ci ludzie. Jesteście tacy... niedzisiejsi. Ale tak, owszem. Odkryliśmy stary korytarz, cały wykuty w srebrze. Na końcu były drzwi. Takie fikuśne, z pokrętłem i rysunkiem oka z kreską.

Num nie miał zamiaru włóczyć się po starych szybach w poszukiwaniu czegoś nieokreślonego. Przekreślone Oko oznaczało "strzec", a srebro jest jedynym metalem zupełnie odpornym na magię.

- Jeśli coś było tam zamknięte, a twoi głupcy to wypuścili, to wasz problem. Ja się nie mieszam.

Num skierował się ku wyjściu. Jednak drogę zagrodziła mu dwójka kuszników w czarnych maskach. Krasnoludy wiedzą, jak dobija się targu.

- Świnia jesteś Grods - stwierdził zrezygnowany Num, siadając z przymusu na ziemi - Wielka, śmierdząca świnia.

- Wiem! - krasnolud uśmiechnął się szczerze - Wysłaliśmy już dwudziestu ludzi, ale żaden nie wrócił. Żaden z trojga krasnoludów też, dla ścisłości. A poza tym drzwi są nietknięte. Dobieraliśmy się do nich, całkiem sprawnie, zresztą. Podobno są dziełem płanetników. Ci mówią, że już takich nie robią. I że im przykro, niech kiła zeżre cały ich narodek. Przybyła tu cała delegacja, jak się dowiedzieli o oku. Byli cholernie tajemniczy, mówili coś o duszy śpiącej księżniczki, wrzecionach, magicznych mieczach i takich tam. Dali za to coś fajnego. Że niby się przyda, jak je mag dostanie. Tylko dlatego po ciebie posłano.

Krasnolud uśmiechając się szelmowsko wyciągnął zza kaftana kamienną rękojeść. WyrzeĽbiona była w kształcie nagiej kobiety z rozchylonymi nogami. Wszystkie szczegóły anatomiczne zostały podkreślone przez inkrustowanie szlachetnymi kamieniami. Sutki na przykład tworzyły dwa bliĽniacze rubiny. Gdy Num chwycił przedmiot, z pomiędzy ud wysunął się biały promień, wypalając szramę w posadzce. Skała nadtopiła się i uformowała cienki strumyczek lawy.

- Kurwa mać! - zaklął krasnolud oglądając ziemię - niebezpieczna zabawka! A ja się zastanawiałem, po co u diabła konieczny jest czarodziej!

Num nieco się strapił. Słyszał już o mieczach płanetnikow. Posługiwali się nimi lepiej niż zwykłymi, bo w zasadzie sami byli magiczni. No i ważyły mniej, a to ważne, gdy ma się pół metra wzrostu i skrzydełka o niewielkim udĽwigu... Dla takiej broni wiele by zrobił. Albo raczej niewiele nie zrobił. Na przykład: nie dał by się zabić.
Dezaktywował ostrze.

- Co będę z tego miał? - zapytał.

- Dwieście Czerwieńców, jeśli załatwisz sprawę ze srebrnymi wrotami. Pasuje?

- Niby tak. A będzie przewodnik?